Na co wydałbym 60 milionów?

Tydzień temu w Lotku pękła największa jak dotąd kumulacja. Jak to zwykle przy większych kumulacjach bywa, grało zdecydowanie więcej osób niż zawsze. Podatek od marzeń zapłaciły tysiące osób i choć jest większa szansa jest spotkać polityka który nie kradnie, czy kilometr autostrady bez dziur niż zainkasować te 60 patyków, nikogo to przed wydaniem tych paru, parunastu złotych nie powstrzymało. Warto mieć marzenia, jakiekolwiek by nie były.

Coby o takiej fortunie nie mówić, jest to cholerna odpowiedzialność. Pomijając fakt, że po takiej dobrej nowinie nawet najdalsza rodzina nas odnajdzie, wielka kasa to drzwi do nowych możliwości. Możliwości te są bronią obusieczną. Jednak jak pokierujemy rozsądnie swoim nowym losem, duch wzmocni jeszcze bardziej synergie z naszym ciałem. Weźmy takie podróże, małe i duże.

Kiedy byłem z dekadę młodszy, moim małym światkiem był dom-szkoła-kumple-wioska. Prosta rzeczywistość przepełniona pracą domową i kotletem schabowym nie stanowiła zbyt szerokiej percepcji świata. Była co prawda lekcja geografii na której pani na globusie pokazywała:

„Słuchajcie dzieci, tu jest Afryka, a tu jest Ameryka.”

No i fajnie… Wszelaka wiedza o tysiącach miejsc ani trochę mnie nie jarała. Był to kolejny nudny przedmiot do odbębnienia. No jest ten Wielki Kanion, no i co? Kolejny bezsensowny fakt, zupełnie jak rok bitwy pod Grunwaldem. Większość z nas nigdy, ale to nigdy nie zobaczy na żywo Wielkiego Kanionu. Wszelakie zdjęcia, filmy, StreetView są bezużyteczne. Nie da się chociaż trochę poczuć klimatu takiego miejsca oglądając go na ekranie komputera. Nie poczujesz tej temperatury, nie poczujesz tego ogromu. Może nawet nie zwrócisz uwagi kiedy wpadnie ci takowy widok na Instagramie. Nawet wirtualna rzeczywistość stojąca dziś na dość wysokim poziomie nie odda ci tego, co zobaczysz na żywo.

maxresdefault

Kiedyś na gwiazdkę dostałem książkę „1001 najpiękniejszych miejsc świata” (których i tak nie zobaczysz). Żadna, ale to żadna książka aż tak mnie nie zdołowała. Świat jest piękny. Ma w sobie moc zapierających dech w piersiach miejsc, kultur tak bardzo odmiennych od naszej, ludzi z którymi chętnie przybił piątkę. To gdzie jedziemy?

Oj nie, chyba nie starczy. Szkoda że na 6 liczb do wygrania fortuny zabrakło mi tylko pół tuzina.

Z „szóstką” na koncie na pewno poprawiłaby się moja sytuacja zdrowotna. Wszak każdy kto miał do czynienia z naszą służbą zdrowia, ten wie że potrzeba naprawdę dużej porcji energii i cierpliwości, aby leczyć się na NFZ. Przepełnione poczekalnie i wiecznie te babcie, które z nudów przychodzą porobić sztuczny tłum i poplotkować. kolejki-w-sluzbie-zdrowia

Totalnie rozumiem potrzebę odnalezienia zajęcia, ale nie w tym miejscu gdzie są osoby które naprawdę pomocy potrzebują. Jeszcze pal go licho z kolejkami, kiedy dostajesz się do wymarzonego specjalisty, który wymarzonym specjalistą się nie okazuje, bo nie wierząc w wyniki odsyła cie dziesiąty raz na badania. Dochodzisz do takiego momentu, kiedy zastanawiasz się po jakim czasie oczekiwania na kolejne wizyty dojdziesz do relatywnie dobrego stanu zdrowia. Hmm TAK! Na dobrą sprawę możesz bujać się do końca życia. Masz wtedy dwie opcje: albo mieć fundusze aby ściągnąć najlepszego lekarza albo żyć z dnia na dzień czekając na wizytę z nadzieją, że jakoś to będzie.

W szkole średniej miałem swój epizod w orkiestrze, gdzie przez dwa lata miałem okazję poznać piękno muzyki granej na żywych instrumentach. Jest jakaś w tym magia którą poznałem również na kilku koncertach. Magia ta, zupełnie jak z odkrywaniem nowych miejsc udowadnia, że żadne wirtualne odtworzenie czegokolwiek nie będzie liczyło się z doświadczeniem na żywo.

Możemy dążyć do ideału, tworzyć coraz lepsze sprzęty muzyczne czy gogle do wirtualnej rzeczywistości, ale nigdy nie dojdziemy do tego momentu w którym real będzie można pomylić z wirtualem.

Tak samo jak orkiestra pozostawiła we mnie pewną wrażliwość na muzykę – coś, co nie tylko pozwala ją konsumować, ale również czuć – tak samo tęsknota za saksofonem pozostała we mnie do dziś. Jest to piękny instrument którego wciąż kocham. Instrument piękny i cholernie drogi, kiedy za równowartość solidnego sprzętu idzie zakupić przyzwoity samochód. Jak kiedyś dorobię się pierwszego miliona (chociaż mniej też starczy), napiszę tekst o spotkaniu po latach z starym kumplem saksofonem, obiecuje!

W zeszłą niedzielę trzy osoby rozpoczęły nowy rozdział w swoim życiu, zgarniając po 20 milionów na głowę. Zazdroszczę i zarazem współczuje ciężaru tej diabelnej odpowiedzialności, jednak życzę tym osobom aby przez ten zastrzyk gotówki nie zwariowały i zrobiły coś pozytywnego – nie wiem, chociażby popiersie Zenka Martyniuka z klocków Lego, whatever! A reszcie której się nie udało proponuje na dowidzenia piosenkę.