Pełna moc marzeń – początek skrzypcowej przygody

Każdy z nas w swoim życiu ma jakieś marzenia, większe lub mniejsze. Bywają naprawdę różnorodne, od podróży dookoła świata po wspólną kolacje wigilijną z rodziną, z którą nie widzieliśmy się szmat czasu. Niektóre tkwią w nas od dawna, są w nas niesamowicie zakorzenione, inne pojawiają się spontanicznie. Mogą być efektem tego, co już doświadczyliśmy, ale równie dobrze mogą pojawić się totalnie przypadkowo. Moja przygoda była połączeniem tych dwóch rzeczy jednocześnie. Od paru lat marzył mi się powrót do muzykowania po czasach orkiestrowych, zobaczyłem skrzypce, powiedziałem sobie: czemu nie?

comment_zxilx13bbeb4igjg74cmflebyq5i0gox
Zacznijmy najlepiej od początku…

Pod koniec sierpnia wykonałem drobne poszukiwania, zgłębiając co nieco temat. Dowiedziałem się że po prostu stać mnie na możliwy instrument na dobry początek. Przypadek mojej leworęczności konsultowałem z paroma osobami, gdzie poznałem tyle że bywa różnie. Niektórym nie robi to problemu, niektórzy więcej muszą poćwiczyć. Jako że był pomysł, były możliwości finansowe, myślę sobie no way, trzeba tego po prostu spróbować! Totalnie nie widziałem powodów dla których nie miałbym się tego podjąć. Internet podrzucił mi parę ofert z mojej mieściny, na facebooku wpadł wpis dni otwartych szkoły muzycznej. Wypróbować i to jeszcze za darmo? No c’mon, Halina za darmo, jedziem tam! – pomyślałem niczym typowy Janusz. Umówiłem się na przesłuchanie i nie pozostało nic więcej jak jechać do punktu docelowego o ustalonej porze. Przyjąłem proste założenie:

Jeśli nic złego się nie stanie, skrzypce nie rozsypią mi się w rękach, czarny kot nie przebiegnie mi drogi to w temat wchodzę z marszu, bez zbędnych pytań.

Lekcja próbna była mega fajnym, przede wszystkim nowym mi doświadczeniem. Wziąłem w łapki instrument… I się zakochałem w jego lekkości. Biere! Parę dni później już miałem własny, a moja przygoda zaczęła się… Od urwania struny. Dostałem nauczkę, że zamiast poćwiczyć samą jazdę smyczkiem, zachciało mi się od razu nastroić na poprawne dźwięki (skrzypce nie były wówczas nastrojone) co było jak na pierwszą godzinę grania totalnie bez znaczenia. Super początek „kariery”, i co teraz? Dwa głębsze wdechy później, zdałem sobie sprawę że nie ma co się stresować, że moje nowe dziwaczne urządzenie nie jest do wyrzucenia a wystarczy dokupić do niego części. Pierwsza właściwa lekcja miała nadejść już następnego dnia. Nie było czasu na allegro i trzeba było gnać do sklepu muzycznego. który skasował mnie jak za zboże.

 

Pierwsze tygodnie były dość komicznym pasmem pojawiających się i rozwiązywanych problemów które trwa sobie w najlepsze po dziś dzień. Było parę na pierwszy rzut oka tragicznych, które zdawały się nie do ogarnięcia. No panie tego się nie da zrobić. Niemniej nie łamałem się, pokornie piłowałem wieczorami co najmniej do momentu, aż nie pojawiły się pierwsze oznaki że „wyzdrowiałem” z danego błędu.

 

Pod koniec października padła propozycja – jedziemy na koncert Taylor Davis. Dobrze jest pielęgnować wrażliwość muzyczną, jak i świadomość, że za każdą piosenką stoją ludzie i nieraz setki, czy może tysiące godzin ciężkiej pracy które warto docenić. A przeżyć zajebiste skrzypce na żywo? Biorę w ciemno! Koncert był dość skromny, jednak możliwość bycia w samym jego sercu przy scenie była niesamowitym przeżyciem. Nie jestem zwolennikiem nagrywania całych koncertów, ale migawka dla zatrzymania chociaż odrobiny klimatu tamtego wieczoru jest jak najbardziej pożądana. Jedno we mnie uderzyło – uśmiech Taylor który ani na chwile jej nie opuszczał. 15036474_1106738962774431_4240030219776091132_n

Dokładnie ten sam uśmiech towarzyszył mi kiedy ruchy smyczka i palców zaczęły powoli stanowić synergie a dźwięk zaczął przypominać skrzypce a nie pisk zarzynanej bestii. Był to również mój pierwszy koncert w którym miałem styczność twarzą w twarz z gwiazdą – po wydarzeniu TD podpisywała płyty. Miałem coś zagaić do niej po angielsku, ale zamurowało mnie totalnie i skończyło się na hello i thank you – „bunkrów” nie było, ale mimo wszystko to było fajne doświadczenie. Jednak prawdziwie epickie zdarzenie miało dopiero nadejść.

15326590_1128048753976785_2242070708557590355_n

Wszystko szło tak jak miało iść, czułem się genialnie z powrotem do muzykowania a z każdym kolejnym wyzwanie nauczyciela czułem się jeszcze lepiej. Let’s do it! Byłem rzucany na coraz głębszą wodę, może nie pływałem jak Micheal Phelps (później zresztą też), ale bez większych kłopotów utrzymywałem się na powierzchni. Robiłem to na tyle dobrze, że zostałem przyszykowany na świąteczny koncert naszej szkółki i to nie z byle „jingle bells” a dwoma, dość zaawansowanymi kawałkami Avicii – Wake me up oraz Coldplay – Sky full of stars.

To nic że nadchodziła moja kolejna operacja, że do końca nie było wiadomo czy będę w stanie zagrać. Pracowaliśmy normalnie, jakby nigdy nic, aż do przedednia mojego zapisu do szpitala jak i po jego opuszczeniu. Próby (jak i samodzielne ćwiczenia) również były kluczowe w odciąganiu moich myśli od, bądź co bądź, moim przykrych zdrowotnych doświadczeń. Jednak moje kolejne mini-marzenie się spełniło i miałem wystarczająco sił aby zagrać na nadchodzącym evencie.

Koncert składał się z aż 19 zespołów, od trzylatków po ludzi po 60tce. Słychać było że sporo ludzi ledwo co zaczyna granie, jest w podobnym momencie co ja. Można by było ocenić z pozycji obserwatora że źle, że po sąsiadach, że brzydko. Jednak im bardziej jesteś po drugiej stronie barykady, tym bardziej zdajesz sobie sprawę że wszystko przychodzi z czasem, że nic nie bierze się z powietrza, a z długiej, nieraz okrutnie ciężkiej pracy. Niesamowity szacunek należy się każdemu kto wystąpił, że przełamał większe lub mniejsze stresy, że pokonał strach przed otwarciem się przed publiką.

capture
Od zawsze byłem patenciarzem więc musiałem przepisać nuty po swojemu 🙂 Musescore – propsuje całym serduchem!

Nie było idealnie również i na naszym „elitarnym” kwartecie na końcu. Parę błędów, to ktoś źle wszedł, to ktoś za długo grał. U mnie samego też nie było (i nie mogło być) idealnie, a to palcowanie jednych ósemek było na granicy ogarnięcia, a to jedna struna w moich skrzypcach nieoczekiwanie się poluzowała i fragmentu jednej piosenki po prostu nie mogłem zagrać. Jednak totalnie nie mam żadnego bólu z tego powodu, nie zakładałem że zagram cokolwiek przypominającego muzykę po roku, a tu pach! Życie potrafi zaskoczyć, wykraczając poza najśmielsze oczekiwania. Trzy miesiące i stoisz przed skromną bo skromną, ale coby nie gadać publiką. Trochę stresu, trochę pomyłek, ale jak już czujesz ten flow, dajesz się ponieść swojej muzyce to już w zasadzie nic nie stoi ci na drodze i jesteś po prostu szczęśliwy.

img_20161222_180729Mega fajnie jest wrócić do doświadczenia orkiestrowego po latach, spełnić marzenie powrotu do grania. Nie pozostaje nic innego jak pielęgnować je dalej, ćwiczyć ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Z tego miejsca chciałbym podziękować Anecie Mandziuk-Zalewskiej, czyli osobie, bez której moja skrzypcowa przygoda by się w ogóle nie rozpoczęła. To dzięki jej cierpliwej duszy i przyjaznej atmosferze na zajęciach zrobiliśmy tak wiele w tak niewiele. W ciągu pierwszych trzech miesięcy bywało różnie, raz szło lepiej, raz gorzej, ale zawsze po zajęciach pozostawała ta sama myśl: „Coby nie było, ciśniemy dalej”. Niechaj ta sentencja pozostanie głównym nurtem w nadchodzącym, 2017 roku, czego sobie jak i wszystkim z całego serducha życzę.