Marsze na orientacje – ruszajmy!

Kiedy to usłyszałem zdębiałem troszeczkę: ale o co chodzi? A komu to potrzebne? A dlaczego? Biegasz z mapą po lesie i szukasz punktów. Brzmi banalnie? Odrobinę. Ale żeby nie przetestować? No c’mon. Teoria teorią, praktyka praktyką – spróbowałem i ja. Zapraszam Was na nostalgiczny wpis fana jednej z najszlachetniejszych form rozrywki – marszy na orientacje.

Historia zaczęła się gdzieś w okolicach pierwszej klasy na zajęciach przysposobienia obronnego. Zaczęło się niewinnie, poznaliśmy wszelakie technikalia map oraz że istnieje dyscyplina sportowa bazująca na orientacji w terenie z ich użyciem. Brzmiało to całkiem ciekawie, nauczyciel zbierał chętnych na nadchodzące zawody więc spróbowałem i ja. Było jedno wymaganie – należało zakupić kompas co też uczyniłem. Rzuciłem piątkę wpisowego i należało już tylko czekać na dzień zawodów.

To była ciepła kwietniowa niedziela, pogoda jak najbardziej dopisywała. Przyjechałem na miejsce akcji, dobraliśmy się z kompanami aby nie wdawać się w samotną tułaczkę po lesie. Dostaliśmy mapę, co gdzie i jak działa i ruszyliśmy w drogę. Już po kilku minutach znaleźliśmy pierwszy punkt – łii, zwycięstwo! Punkty kontrolne wówczas odhaczało się przez zapisanie z niego kodu przyczepioną do niego kolorową kredką. No to pędzimy dalej!

Znaleźliśmy kolejny. Jednak w zasięgu wzorku widzieliśmy jeszcze jeden – coś cholera na mapie się nie zgadzało. Dopiero potem wyszło na jaw, że jest to po prostu podpucha, czy właściwie punkt stowarzyszony. Wybraliśmy ten, który wydawał się prawdziwszy i napieraliśmy dalej. Kolejne punkty też były poukrywane za „oszustami”, części w ogóle nie znaleźliśmy, ale frajda z pierwszych zawodów była przednia. Jako debiutanci nie zdobyliśmy zbyt porządnego miejsca, ale w zasadzie to o fun chodziło.

Pierwsze zawody pociągnęły za sobą kolejne, na których bawiliśmy się z coraz większym zaangażowaniem. Były marsze w deszczu – oj biedny był ten nie miał ze sobą folii na mapę. Były również zawody z mapą jako puzzle do ułożenia i miałem szacunek na dzielni jako że przybyłem z pełnym zestawem biurowym co zdecydowanie ułatwiało nam sprawę. Wychodziło nam różnie, czasami wyższe miejsca, czasami ledwo co połowę punktów udało nam się zebrać. Jedna rzecz pozostała niezmienna – wartość dodana uzyskiwana z całego przedsięwzięcia.

Marsze na orientacje to synergia treningu fizycznego i umysłowego, okraszona bliskim kontaktem z naturą. Jest dyscypliną elastyczną – jest półka dla profesjonalistów, jest półka dla dzieci w wieku podstawówkowym. Każdy może w to wejść, każdy może się bawić. Wraz z końcem technikum zawody w naszym regionie zaczęły wygasać, prawdopodobnie z braku funduszy. Zostały po nich tylko dziesiątki ciepłych wspomnień, map oraz dyplomów. Wielka szkoda bo w pozostałych regionach Polski to żyje i ma się dobrze. Wygląda na to, że trzeba będzie porwać kompanów z zawodów i ruszyć w kraj aby chociaż na trochę powrócić do starych dobrych czasów.