Linuksie, może się jednak pogodzimy?

Chyba każdy, kto choć trochę obcuje z technologiami wie czym jest Linux. Jest to baza pod pierdylion systemów na PC, telefony komórkowe i tysiąc innych urządzeń. Są znacznie bezpieczniejsze, nie potrzebują antywirusów oraz przede wszystkim nie mają żadnego „Wielkiego Brata” nad sobą. Wiele się mówi się teraz złego w kontekście Windows’a 10, który ma mnóstwo za uszami, że nie szanuje prywatności, że mnóstwo rzeczy robi na boku, że każde kliknięcie myszy wysyłane jest na serwery MS. To nie jest fajne, w żadnym stopniu nie usprawiedliwiam śledzenia MS tym, że „nie mam nic do ukrycia”, że nie jestem potencjalnym terrorystą który chce „się rozerwać” w środku miasta. Narastająca inwigilacja nie podoba mi się na tyle, że aby zacząć jej powoli przeciwdziałać, przesiadłbym się na jakąkolwiek dystrybucje Linuxa, która byłaby w stanie robić to samo z podobną wydajnością. 
 
Szanuje Linuksa za jego wolnościowe podejście, dostępność, oraz to że wszelakie bugi społeczność łata na bieżąco. Jest zdecydowanie bezpieczniejszy od Windows’a, ogólnie bez konta root’a nie da się zrobić mu krzywdy – sam o tym się przekonałem czyniąc multum „eksperymentów” (na vpsie i stacjonarce zresztą też). Ma niesamowite możliwości dopasowywania interfejsu do własnych potrzeb przez wszelakiej maści rysowacze pulpitów. Chcesz cukierkowo? Proszę bardzo, masz pierdylion animacji. Masz mało ramu i potrzebujesz czegoś lekkiego? Proszę bardzo, masz coś lekkiego.
Problem zaczyna się, kiedy całą tą machinerie próbujesz zaimplementować. Poświęciłem kilkadziesiąt godzin na próby dostowania to Ubuntu, to Debiana, to Minta do moich potrzeb. Zawsze, ale to zawsze czegoś brakowało, coś nie chodziło. To Eclipse nie chciał współgrać z avrdude, to java pracowała jakby chciała a nie mogła, czy to jakiś program nie ruszał pod wine. Przeważnie obwiniałem siebie za brak cierpliwości/umiejętności, bo po parogodzinnym googlowaniu rozwiązania danego problemu po prostu miałem dość. Chyba nie jestem power userem.
Chyba każdy posiadacz Radeona próbujący zdziałać coś pod Linuksem poczuł, że wydajność grafiki spadła. Internety skarżą się, że sterowniki są słabe, mają ograniczoną funkcjonalność. W moim przypadku nawet odtwarzanie Youtuba w FullHD pod HTML5 działa widocznie gorzej, bywają częste przycinki.
Teraz najważniejsza kwestia, za którą Linuksowi dostaje się po mordzie na prawo i lewo od Windowsowców – gry. Wybór natywnych jest mega słaby, sytuacje stara się ratować Valve ze Steamem i poniekąd robi to dobrze. Jest Wiedźmin, jest CS 1.6, jest CS:GO i podobne – w zasadzie biedy nie ma. Bieda zaczyna się, kiedy chcemy je odpalić na wspomnianym Radeonie. Działają zdecydowanie słabiej, CS 1.6 na Linuksie chodził u mnie mniej więcej tak, jak CS:GO na Windowsie. Odpalanie gier pod Wine kończy się albo fiaskiem, albo jeszcze większym spadkiem fps’ów.
Linux ≠ łatwe
Na moim pececie wisi obecnie Ubuntu wraz z Windowsem 10. Pomimo wielu nieudanych prób, w wolnych chwilach wciąż odpalam Linuxa i dążę (i dążyć będę) do takiego stanu, w którym bez bólu będę mógł usunąć system Microsoftu. Jednak żeby nie było, że obsmarowuje MS dla zasady. Na tapetę biorę powoli śledzenie wszędobylskiego Google’a. W Androidzie też niezłe kwiatki się odwala z telemetrią.
Zapewne nie ma recepty na zapewnienie sobie 100% prywatności (odcięcie kabla od internetu?). Jednak uważam, że warto ograniczyć dostarczanie na tacy nieraz wrażliwych informacji o nas wszelakim gigantom.
W imię wolności.