Ciekawość to pierwszy stopień do Apple vol.2 – przesiadka z Androida

Jako elektronik hobbysta lubię dłubać we wszelkiego rodzaju urządzeniach. Od Commodore 64, przez palmtopy, na urządzeniach od Apple kończąc. Naprawiłem iPoda koleżance, którego serwis skazał na zagładę. Stawiałem na nogi iPhone 3GS, kupione w cenie paczki fajek na Allegro. Tak stopniowo poznałem ekosystem Apple, polubiłem iOS i miałem ochotę na więcej.
W zeszłym roku, niejako przy okazji zakupiłem od znajomego iPhone 4S – 150zł, za taką cenę można było zaryzykować. Pod kątem designu względem mojego „zwykłego” LG L90 to był diabelny skok do przodu. Rozmiar telefonu pasował do moich niezbyt wielkich dłoni. Jabłkowe telefony jak najbardziej mają prawo się podobać. Koniec końców, 4S z ostatnią wersją systemu iOS 9 okazał się totalnym niewypałem. Szczerze żałuję, że nie widziałem poniższego porównania przed zakupem.

Zachowywał się wolniej od niektórych tabletów z Androidem za 100zł z marketu, nie dało się go w miarę przyzwoicie używać. Bateria topniała w oczach w przeciągu paru godzin bezczynności również po wymianie. Nie bólem serca, ale po miesiącu z hakiem rozstałem się ze swoim pierwszym właściwym iUrządzeniem. Powróciłem niczym syn marnotrawny do leciwego już LG L90.
Rok później postanowiłem zamienić Androidowego dziadka na lepszy model, coś w okolicy 1000zł. Wymagań było kilka:

  • telefon nowy, z gwarancją w kraju
  • ekran do 4,7 cala, może mniejszy, na pewnie nie większy. Nie mam zbyt dużych dłoni, cenie sobie poręczność, a do konsumpcji YouTube’a, gier trzyma się u mnie dzielnie Lenovo Tab2 A7-10F.
  • zdolność do udźwignięcia Spotify oraz Hearthstone (nie tak często, ale pogrywam)
  • Facebook w wersji webowej wystarczy
  • przyzwoity aparat
  • bateria, która przetrwa od rana do wieczora
  • fizyczny home button!

Wybór spośród małych (poniżej 4,7 cala) dobrych smartphonów na dzień dzisiejszy jest… mały. Rynek na dobre poszedł w coraz większe, momentami niedorzecznie duże przekątne. Pomijając b-brandy za 200-300zł, w moim budżecie znalazłem jedynie Xperie Z2 Compact, kiepsko dostępną, oraz iPhone 5S. Pierwszego nie udało mi znaleźć się nowego, natomiast drugi był w dość przyzwoitej ofercie z Komputronika. Sprawdziłem, czy przynajmniej „na papierze” ten czteroletni telefon nadaje się do użytku.

Jak wieść internetowa mówi, 5S jest na rok 2017 najstarszym używalnym iPhonem, z 64-bitowym procesorem na pokładzie. Obecna aktualizacja iOS 10 nie zrobiła mu krzywdy, wydaje się że nadchodzący iOS 11 (a dostaną go wszystkie urządzenia z procesorem od Apple A7 w górę) również nie będzie dla niego tragedią aż taką, jaką był iOS 9 dla iPhone 4S. A jak sprawdza się w praktyce? Parę rzeczy wkurza…

Zniknął gdzieś towarzyszący od początku iPhonowi „slide to unlock” a w jego miejscu ktoś postanowił, aby po odblokowaniu telefonu palcem jeszcze raz nacisnąć home button. Jest jednak furtka w ustawieniach umożliwiająca wyłączenie konieczności ponownego naciśnięcia. Naciskasz, chwilę (przeważnie krótszą) przytrzymujesz, odblokowane – tak to wygląda. Nie zmienia to faktu że czytnik mógłby być aktywny. Mogę jedynie domniemywać, że załączanie go dopiero po przyciśnięciu było próbą walki o jeszcze mniejsze zużycie energii w trybie czuwania.

Przyzwyczajony do elastycznego centrum sterowania z Androida totalnie nie rozumiem sztywnego podejścia do przełączników w nim się znajdujących. Nie wierze że od początku pojawienia się tego menu nikt nie wpadł na pomysł, aby chociaż umieścić tam przełącznik do danych komórkowych. Były o tym pogłoski przy becie iOS 10, może zobaczymy go w 11-tce, kto wie.

Apple, trochę jak najbogatszy zadufany dzieciak z sąsiedztwa nie chce grać w piłkę z kumplami na ogólnie przyjętych zasadach skandując – ale ja tak się nie bawię! Inni tylko patrzą z politowaniem, kopiąc normalną piłkę, kiedy Apple gra sam na sam ze ścianą. Taki jest mniej więcej stosunek jabłkowej firmy wobec innych producentów co do jednakowych złącz ładowania. Lightning jest biedą, którą niestety trzeba przeboleć. Przy przesiadce z Androida dokupiłem jeszcze dwa kable, jeden do pracy, drugi do plecaka aby te w razie potrzeby ratowały sytuację. A skoro o baterii już rozmawiamy…

Malutka bryła iPhone 5S poskutkowała małą baterią – jak mówił klasyk w filmie „życia nie oszukasz” – jest mniejsza niż w większości „normalnych” telefonów. Przy moim użytkowaniu starczała do wieczora, przy przyciśnięciu rachuj nie rachuj, trzeba ładować w ciągu dnia. Bateria jak na taką pojemność nie jest zła (w iPhonie SE podobno wyciągnęli z niej jeszcze więcej), jest po prostu za mała aby pozwolić sobie na więcej bez ładowarki pod ręką. Tak długo jak starczy na dzień jest do przetrawienia – poprzedni smartphone nauczył mnie ładowania codziennie, toteż nie odczułem tak znaczącej różnicy.

Jedną z rzucających się rzeczy po przesiadce z Androida, jest brak klawisza cofnięcia. Najpierw po prostu klikałem w cofacze dodane w elementach interfejsu, z czasem odkryłem, że można również cofać się dynamicznymi przesunięciami w bok. Da się do nich przyzwyczaić, po tygodniu nawigacja po urządzeniu przestała być udręką.

Sam system ma parę nieszkodliwych głupotek, o których Androidy w swoim środowisku nie słyszały i słyszeć zapewne nie będą. Znienawidzone iTunes, bez którego nie wrzucimy empejtrójek w zasadzie nie używam – jest Spotify. Podcasty, zdjęcia synchronizują się bez udziału komputera. Zmiana dzwonka na własny? Złote czasy refrenów znanych piosenek używanych do tego celu mamy za sobą. Do czego naprawdę bym się przyczepił Jak wcześniej wspomniałem: iOS prosi się jedynie o dodanie przełącznika danych komórkowych z poziomu wyciąganego panelu. Poza tym robi robotę, miejscami znacznie lepszą niż Android.

Po wcześniejszym kontakcie ze jabłkowymi sprzętami, bez problemu udało mi się emigrować na jedną z najbardziej kontrowersyjnych platform mobilnych. iPhone jak każdy inny telefon ma swoje wady i zalety. Design naprawdę może się podobać, uproszczony interfejs robi swoje. Apple nie jest już marką ekskluzywną, ani trendsetterem, ale ich telefony są całkiem fajną alternatywą dla drugiej jedynej słusznej platformy.